20100625

Sprawozdanie: Ballada o Kapitanie Robercie

Kapitan Robert ekipę swą
zabrał do Pragi daleko stąd
kilku wypadło, kilku zostało
kilku wynieśli jak martwe ciało

Z załogą trupów powrócił razem
w porcie kiesę miał pełną migiem
z łapówką i sławą, i wszystkim w komplecie
więc zebrał załogę by wieźć ją po świecie

Kapitan Robert ekipę raz
wziął do Timbuktu i Shangri-La
jedni furiaci, a drudzy szaleni
inni gdzieś w Czadzie ze statku zmieceni

Z załogą trupów powrócił razem
z tych co przeżyli i bunt i chorobę
z silnych i twardzych, odważnych zmęczonych
tylko wierni mu pozostali

Kapitan Robert statek swój
wziął do Pekinu Mozambiku
szalony w kajdanach podziwiał je
jedna z nich dała mu serce swe

Kapitan Robert zobaczył drużynę
nowych i młodych, zielonych krztynę
załoga rozpadła się podczas swych przygód
żaden by nie zniósł następnych niewygód

Z załogą trupów powrócił razem
z tych co przeżyli i bunt i chorobę
z silnych i twardzych, odważnych zmęczonych
tylko wierni mu pozostali

Z załogą trupów powrócił razem
w porcie kiesę miał pełną migiem
z łapówką i sławą, i wszystkim w komplecie
więc zebrał załogę by wieźć ją po świecie

Kapitan Robert ekipę raz
wziął do Timbuktu i Shangri-La
jedni furiaci, a drudzy szaleni
inni gdzieś w Czadzie ze statku zmieceni

(tłumaczenie tekstu ballady zespołu Abney Park, The Ballad Of  Captain Robert)

20100623

Raport: Chore majaki / Wzniosłe marzenia

Rozumiesz? Zebrać ekipę zgranych ludzi, zorganizować wyprawę... Nie, nie wiem za czym. Ale wiem, że stałbym z wypiętą piersią na dziobie statku, smakował bryzę wiejącą w twarz, czy gdzie ta bryza ma zwyczaj wiać, i byłbym z siebie dumny. Tak samo bym się czuł, gdybym zaciskał zęby wbijając te takie małe kilofki w zlodowaciałą skałę gdzieś w górach, pewnie w Tybecie. Widzisz, nie liczy się to co bym robił... ważne że miałbym poczucie uczestniczenia w czymś pięknym. Szkoda, że mam alergię na psią sierść, może mógłbym pojechać na biegun... chyba tylko tam zostały białe plamy, ha-ha, na mapach. 

Wychodzisz i widzisz, siedemdziesięciu ludzi wypełza razem z tobą z tramwaju - i wiesz, że wszyscy są tacy jak ty, mają swoją historię i masę okoliczności, o których by ci mogli opowiedzieć - gdyby tylko chcieli. A ty wiesz, że to mogli by być twoi załoganci, siedemdziesięciu zaufanych członków grupy, którą zabierzesz gdziekolwiek, byle dalej stąd, bo wszyscy jesteście zmęczeni pełzaniem w pyle codziennym naszym powszednim. Bo wszyscy chcielibyście czegoś nowego, tylko nie potraficie się odważyć. 

Więc marzysz - o szczytach gór, o wiernych ludziach, którzy stoją murem, o błysku słońca palącym oczy i wietrze brużdżącym twarz... bo chciałbyś się poczuć jak musieli ludzie czuć się kiedyś, kiedy słowa typu przyjaźń i honor znaczyły coś innego niż dziś. 

Nawet sam nie wiesz, po co ci takie marzenie - i, nadużywasz tego słowa - epickości też pożądasz. Wzniosłości. Przerażającej, groźnej zwykłości dnia codziennego, który jest walką o przeżycie. Chciałbyś mieć ciężkie warunki, w których mógłbyś się wykazać. 

Chciałbyś mieć tak fajnie.