20121114

Piekło z lodem

Zrzucili nas tu jakiś miesiąc temu. Zlecenie na Svalbardzie, pomyślałby kto. Ochrona ginących gatunków, Greenpeace, trzeba zadbać o niszczejące lodowce i całe to medialne ścierwo pakowane nam do mózgów przez ekologów.Nie no, jasne, trzeba dbać. Ale nikt nie wspomniał o tym, jak radzić sobie z nudą po miesiącu tkwienia w lodzie. Lodołamacz po prostu utknął. Technicy, kiedy jeszcze mieli jakąkolwiek motywację do roboty, próbowali wysadzać złomy dynamitem. Oprócz smrodu kordytu nie zostawiło to żadnego śladu. 
Potem - padła radiostacja. Ostatni meldunek brzmiał "pomoc nadchodzi". 
Nie było problemu. Mieliśmy żarcie, mieliśmy całe ładownie żarcia. Większym problemem było zimno, ale z tym też można sobie poradzić.
Potem przyszły niedźwiedzie.

Przy opisywaniu zadania, na spotkaniach briefingowych i podczas szkolenia, nikt, absolutnie nikt nie wspomniał ani słowem, co będziemy przewozić. Dopiero potem się dowiedzieliśmy, ale wtedy było już za późno, żeby zrezygnować.

Technicy po otrzymaniu ostatniego meldunku zniknęli. W sumie nie interesowało mnie to - albo odeszli w śnieg, na własne zatracenie, albo zabunkrowali się na dolnych pokładach razem z tą swoją niby tajną bimbrownią.
Na górnym pokładzie zostałem tylko ja i Ron. Znosił to wszystko jeszcze gorzej ode mnie. Leżał całymi dniami pod derką na materacu w najszczelniejszym pomieszczeniu - co i tak oznaczało niektóre wybite szyby, trząsł się i bełkotał. Narzekał głównie.

Ja zabijałem czas wykonywaniem obowiązków. 
Judas albatros, jak go dowcipnie nazywaliśmy, był takim samym pracownikiem jak my. Dostawał swoją wypłatę w rybach i tłuszczu, a w zamian za to użyczał nam swoich usług.

Stadko pingwinów. Małe, szare kulki. Duże, czarne, poważne. Robiły to swoje pingwinie "kwa, kwa", a mnie już jakiś czas temu serce przestało się krajać na widok tego jak się potykają i wstają, idąc po pokładzie za albatrosem. Prowadził stadko na przedni pokład. Tuż przed okna mostka. 
Jedno za drugim. Było ich pełno. Była ich cała ładownia, i wciąż przybywało. Nie zastanawiałem się, skąd się biorą. Ważne było to, że były, i to, że szły za albatrosem, który dawał im poczucie bezpieczeństwa. Podskakiwały, kręciły się, turlały po pochylniach, i szły coraz bliżej dziobu. 

Zajmowałem się też obsługą albatrosa. Cholerne ptaszysko chciało renegocjować umowę, dziobiąc mnie po rękach, ale byłem twardy. Pewnych rzeczy nie można odpuścić. Ron był w coraz gorszym stanie. W chwili słabości zwierzył mi się, że brakuje mu błogosławieństwa opowieści. Przeniosłem więc biblioteczkę ze świetlicy i czytałem mu wieczorami. Zawsze to jakieś zajęcie, a spożycie "Inkwizytora" nieznanego autora przysporzyło nam sporo satysfakcji.

Ale nawet "Inkwizytor" nie pozwalał zapomnieć, co tutaj robiłem. Łopata to było moje drugie narzędzie pracy. Zrzucałem martwe, zdeptane albo zaduszone w tłumie ciała pingwinów przez burtę w zaspy w których zarył lodołamacz. Rzadko patrzyłem w dół. Wiedziałem co tam zobaczę. Wzlatującego w górę albatrosa, wracającego po następną grupę, i któregoś z komanda niedźwiedzi, zajmującego się przygotowywaniem pingwinów do transportu. Nie patrzyłem na krew, nie słuchałem obrzydliwych odgłosów. Wystarczająco dużo miałem ich na górze, na pokładzie. Poza tym, każdego wieczoru, po zakończonej pracy, na nasz poziom wspinał się jeden z niedźwiedzi trzymając w pysku pokwitowanie odbioru towaru.

Ronowi nie pomagały już nawet książki. Starałem się jakoś poprawić mu humor, i przeszukałem jego rzeczy. Natrafiłem na kawałek drewna, który wziął ze sobą na szczęścia jakiś czas temu. 
Pokazałem mu go, kiedy zaczął marudzić, jakiego to pecha mamy. Kazałem mu się zamknąć. Miał swój szczęśliwy kawałek drewna. Ja miałem tylko pracę.

20121012

Świt Dzwonu

Słońce zgasło.

Nietrudno zauważyć. Nagle zaroiły się wszędzie gwiazdy i świeczki wyciągnięte z zapomnianych piwnic. Szczury udostępniały je ludziom, wiedziały że nie ma sensu się sprzeczać o wykorzystywanie przestrzeni. Ludzie budują domy, w nich piwnice, składują w nich rzeczy, a szczury w nich mieszkają - tak było, i raczej nieprędko znajdzie się powód, żeby to się zmieniło.

Pora była wrócić do domu, wiedział o tym już od dawna, ale gwiazdy tak kusiły - przysuwał się to bliżej, to dalej od nich - puste miejsce po słońcu emanowało czernią tak silną, że nawet zatroskane twarze z obrzeży rzeczywistości zniknęły.

Właściwie kiedy tylko zdał sobie z tego sprawę, znaleźli go. Wyłonili się zza załomów murów w swoich płaszczach i maskach, z karykaturalnie sterczącymi ramionami, które rzucały rozchybotane, kanciaste cienie w światłach świec. Uciekał, czując na sobie ich oddech. Rozbijali mury, za którymi się chował. Przekopywali rowy, w których się kulił.
Wszyscy wiedzieli, że nie ma przed nimi ucieczki, no i oczywiście dlatego nie wyściubiali nosa z mieszkań - razem z łomotem ich butów gonił go trzask zakleszczanych okiennic, kiedy mieszkańcy udawali, że wcale ich tam nie ma, że wcale nic nie chowają, że wcale nie znają tego, kto ucieka.

Wiedział gdzie może się skryć.
Krypta. Czas uciekać do krypty.

I wtedy, poprzedzone chybotem świata, nadeszło Uderzenie. W jednym momencie cały świat spłynął wodą, niszcząc uprawy, przerywając tamy, wyrywając drzewa i włosy z głowy.

Tylko dzięki niemu zdołał uciec.
Kiedy zakręcał ostatnie zawory stalowych drzwi krypty, przyrzekł sobie, że nigdy już, nigdy jej nie opuści, niezależnie od tego, co będą obiecywać.

Głowy z obrzeży pokiwały z szacunkiem.

20120901

W hołdzie wszystkim moim snom

Obudził go zapach krwi.

Waldemara Lee Kan Troph, retrokartografa z nadania i powołania od trzech pokoleń, dreszcz przebiegł po plecach. Atmosfera tego olbrzymiego zamczyska była niesamowita, zupełnie jakby było zamieszkane. Wiedział jednak, że to niemożliwe - ustrojstwo, które wypożyczył od Wieży za bajońską sumę, cichutkim terkotaniem regularnie oznajmiało, że w promieniu kilometra nie ma istot żywych innych od niego samego, Lady Alicji i trzech tragarzy - ochroniarzy wynajętych w Pancernej. Cztery tygodnie drogi stąd.

Jego nadmiernie wyczulone zmysły kłuł ostry, drażniący zapach o żelazistym posmaku. Niesamowite, tak dawno go nie czuł, a rozpoznał bez trudu. Zupełnie jak za starych dni. To znaczy, że ktoś ośmielił się naruszyć jego dziedzinę.
Nareszcie...

Przechodzili pod portykami, mijali apsydy, straszyły ich geisony wystające znad parapetów, a raz jeden tryglif oderwał się od muru i odleciał, kracząc, żeby schować się przy dogodnym ejwanie. Musieli uważać. Lady Alicja nie odrywała się od swojego szkicownika, wykonując kupę dobrej roboty dla Instytutu Praarchitektury. On jednak przybył tu w innym celu. Spodziewał się, że gdzieś tych komnatach mogą znajdować się wskazówki, jak dotrzeć do Zemmery Fidd. Z kolei tragarze - ochroniarze nie odrywali się od swoich włóczni i proszników. Oni przyjechali tutaj zarobić, i jeżeli wszystko pójdzie dobrze, również przeżyć.

Krążył korytarzami. Zapach cały czas unosił się w powietrzu, zdawało się że jest wszędzie, wypełnia każdy kąt, obsmarował każdy zakamarek. Niemożliwe, wyczułby wcześniej, gdyby ktoś obszedł cały zamek! W dodatku tak blisko jego leża.

Podobno kiedyś mieszkał tutaj potężny władyka, tak przeczytał w przewodniku turystycznym, odnalezionym w archiwach. Niewiele więcej dawało się odzyskać, oprócz jednego czy dwóch skrawków zdjęć, i stylizowanego obrazka przedstawiającego ostatniego gospodarza, który ewidentnie wykazywał się podejrzanym gustem w doborze ubioru, jeżeli wierzyć grawiurze. Podzielił się tą informacją z Lady Alice, na co nie zareagowała, za to tragarze - ochroniarze zbili się w ciaśniejszą kupkę, i uruchomili krzesiwa przy prosznikach.

Szalał z niepokoju. Zapach opanował jego mózg, doprowadzając do obłędu, i zmuszając do wydania przerażającego ryku rozdrażnienia, złości i żalu, kumulowanego przez długi czas drzemki. Tak blisko, a tak daleko! Nigdzie nie mógł znaleźć intruzów.

Krzesiwo potoczyło się po podłodze, gdy zamek przeszyło odległe wycie. Tragarze - ochroniarze popatrzyli się przepraszająco na Waldemara, i doprowadzili się do porządku. Na duchu podniosła ich Lady Alice, dokładnie tłumacząc, jaki wiatr musi wiać i przez jakie elementy architektury, żeby uzyskać taki interesujący dźwięk. Uspokojeni, ruszyli dalej. Waldemar wiedział, że byli już blisko.

Krew! Krew! Krew! Krew! Tylko to słowo pulsowało w jego myślach. Nigdzie nie było intruzów! Jeszcze chwila, a zrezygnuje, i wróci do drzemki. To nie tak powinno wyglądać.

Wychodzili już z podziemi. Dwóch tragarzy - ochroniarzy pomagało trzeciemu, któremu ciekawskie cyborium nastąpiło na nogę. Na szczęście udało się je odpędzić hukiem proszników. Waldemar Lee Kan Troph ściskał w teczce nową porcję dokumentów, a Lady Alice świergotała o wspaniałych malowidłach, które widziała w podziemiach. Zdecydowanie, wyprawa się opłaciła. Pora wrócić do instytutu i zdać raport.

Zmarnowany, przed położeniem się znowu spać, siadł przed toaletką, żeby poprawić sobie humor.
Zmartwiał. 
Cholerne krwotoki z nosa! Będzie musiał coś z tym zrobić.

20120524

Błąd w tłumaczeniu

Dies ist ein unglaublich schönes Stück Text, inspiriert von J., weil sie nicht wie Katzen, hat es.

Tłum w oczekiwaniu wyglądał na coraz bardziej wygłodniały. Może nie mięsa i krwi, ale rytuału, który miał za chwilę rozegrać się na ich oczach - Pancerna Teokracja bardzo dbała o takie rzeczy, i jej mieszkańcy byli przyzwyczajeni do regularnego rytmu czasu wyznaczanego przez następujące po sobie tradycyjne święta. Tym razem chodziło o, jak najbardziej tradycyjne, zachowane przed utratą w pomroce dziejów, święto Pierwszych Kotów. Kapłani kończyli już ostatnie inwokacje - mechamłynki terkotały na pełnej mocy już od trzech dni, swoim dźwiękiem przypominając o obowiązkowych daninach. Nie musiały tego robić. Dobrze się żyło Wiernym w Pancernej Teokracji. Pod władaniem Pana Pancernego nikt nie musiał martwić się o takie rzeczy jak stepowi barbarzyńcy z północy czy nadchodząca zima. 
Teraz jednak głównym punktem zainteresowania były klatki umieszczone na postumencie w centralnym punkcie Placu. Już niedługo Kociarze, wybierani co roku spośród najbardziej zasłużonych mieszkańców, ruszą wśród tłuszczy rozdając ich zawartość na prawo i lewo, w celu zaspokojenia potrzeby Tradycji. 
Teraz jednak jeden z akolitów operujących przy mechamłynach przeżywał pewne wątpliwości. Zaczęły się, gdy pewnego razu zawędrował do cel introligatorskich, i obejrzał pracę zasiedlających je braci. Potem grzeszne myśli wróciły, gdy sprzątał magazyny - zasiedlające je szczury wyglądały na podejrzanie tłuste, i było ich zdecydowanie więcej, niż poprzednim razem. Wątpliwości znalazły ujście, gdy spotkał bardziej obytego w świecie brata.
- Nie uważasz, że ten zwyczaj może być uznany za nieco... brutalny?
- Brutalny? Daj spokój. Popatrz co robią stepowi barbarzyńcy, i nie mów mi tu o brutalności. Poza tym to tradycja. Wszystko jak należy przepisane ze Starych Ksiąg i w ogóle.
- No tak, ale akurat ostatnio byłem u braci introligatorów i...
- Nie masz chyba zamiaru wątpić w Stare Księgi?
- Nie, broń mnie Pancerny, ale...
- No to nic już nie mów.
Gdzieś dalej, na placu, Kociarze ruszyli do wtóru zaśpiewu chórów.
- Widzisz? Wszystko w porządku.
W niebo uderzył natchniony wrzask uniesionych tłumów.
- Wszystko jak należy. Pierwsze Koty Zostały Przełamane.

20120501

Świat Dzwonu

Podniósł się z ziemi, kiedy dźwięk przebrzmiał. Samoloty przelatujące nad Miastem zawsze zwiastowały coś niedobrego, a biorąc pod uwagę fakt, że był niedaleko, należało zachować wszelkie środki ostrożności. Przyczaił się ostatnio w warsztacie, tam zawsze znajdzie się dla niego miejsce. Tym popołudniem jednak wybrał się na spacer - bogowie mu świadkami, że dalej tego potrzebował. 
Samoloty to mała przeszkoda, mimo iż nieprzewidywalna. Gorsze były sondy i burze. 
Burze... nie można się oddalać od Miasta. Człowiek zagubi się w piasku i pyle, i potem wiadomo. Z pustkowi wracają czasem Kurzaki: ludzie, którzy zawędrowali za Daleko. Daleko było pasem czujek otaczających Miasto, wytyczających teren teoretycznie nie zagrażający życiu. 
Sprzątacze dbali o to, żeby czujki były w dobrym stanie, żeby Daleko funkcjonowało tak jak powinno. Naprawiano je od Uderzenia do Uderzenia, bo oczywiście, jak wszystko podpadał pod ich oddziaływanie.
Czasem, kiedy już się nad tym zastanowił, wydawało mu się, że wszystko dookoła się rozpada. Stałe pozostaje tylko uczucie bycia obserwowanym. Rzeczywistość się przeciera i strzępi na brzegach, a z dziur wyglądają spokojne, smutne oczy patrzące ze zrezygnowaniem i świadomością obowiązku. W takich chwilach szedł do ojca, i uspokajał się szklaneczką czegoś mocniejszego. 
Szedł wzdłuż rowu melioracyjnego. Były konieczne na te rzadkie czasy Uderzeń, kiedy całe Miasto i okolica spływała deszczem, po trosze odżywając, i po trosze rozmywając się. 
Razem z drogą czas powoli przechodził w popołudnie, a jego nikt nie zaczepił. Nawet zwierzęta pochowały się przed skwarem, chociaż musiał przyznać, że dużo ich ostatnio nie widział. Właściwie tylko szczury, ale im upały nie przeszkadzały - miały do swojej dyspozycji piwnice i kanały. Tam nie sięgało słońce. Zresztą, co to za słońce. Porządna gwiazda powinna być dalej i mrugać, albo być nieco bliżej, i podpowiadać czas swoim ruchem - ale nie ta. Ta tylko tkwiła w miejscu, i nie dawała choćby wskazówki mijania godzin. Dlatego polegali na wodnych klepsydrach, odmierzających czas spadającymi kroplami. 
Poczuł wiatr na twarzy.
Wytężył węch - już się tego nauczył.. Kiedy podmuch niesie ze sobą lekki zapach tytoniu lub spalenizny, trzeba uważać. Zazwyczaj zwiastuje to trzęsienia ziemi.

Chyba pora wrócić do domu. Za długo czasu spędził na zewnątrz, za bardzo ryzykował. Samoloty mogą zwiastować najgorsze.