Obudził go zapach krwi.
Waldemara Lee Kan Troph, retrokartografa z nadania i powołania od trzech pokoleń, dreszcz przebiegł po plecach. Atmosfera tego olbrzymiego zamczyska była niesamowita, zupełnie jakby było zamieszkane. Wiedział jednak, że to niemożliwe - ustrojstwo, które wypożyczył od Wieży za bajońską sumę, cichutkim terkotaniem regularnie oznajmiało, że w promieniu kilometra nie ma istot żywych innych od niego samego, Lady Alicji i trzech tragarzy - ochroniarzy wynajętych w Pancernej. Cztery tygodnie drogi stąd.
Jego nadmiernie wyczulone zmysły kłuł ostry, drażniący zapach o żelazistym posmaku. Niesamowite, tak dawno go nie czuł, a rozpoznał bez trudu. Zupełnie jak za starych dni. To znaczy, że ktoś ośmielił się naruszyć jego dziedzinę.
Nareszcie...
Przechodzili pod portykami, mijali apsydy, straszyły ich geisony wystające znad parapetów, a raz jeden tryglif oderwał się od muru i odleciał, kracząc, żeby schować się przy dogodnym ejwanie. Musieli uważać. Lady Alicja nie odrywała się od swojego szkicownika, wykonując kupę dobrej roboty dla Instytutu Praarchitektury. On jednak przybył tu w innym celu. Spodziewał się, że gdzieś tych komnatach mogą znajdować się wskazówki, jak dotrzeć do Zemmery Fidd. Z kolei tragarze - ochroniarze nie odrywali się od swoich włóczni i proszników. Oni przyjechali tutaj zarobić, i jeżeli wszystko pójdzie dobrze, również przeżyć.
Krążył korytarzami. Zapach cały czas unosił się w powietrzu, zdawało się że jest wszędzie, wypełnia każdy kąt, obsmarował każdy zakamarek. Niemożliwe, wyczułby wcześniej, gdyby ktoś obszedł cały zamek! W dodatku tak blisko jego leża.
Podobno kiedyś mieszkał tutaj potężny władyka, tak przeczytał w przewodniku turystycznym, odnalezionym w archiwach. Niewiele więcej dawało się odzyskać, oprócz jednego czy dwóch skrawków zdjęć, i stylizowanego obrazka przedstawiającego ostatniego gospodarza, który ewidentnie wykazywał się podejrzanym gustem w doborze ubioru, jeżeli wierzyć grawiurze. Podzielił się tą informacją z Lady Alice, na co nie zareagowała, za to tragarze - ochroniarze zbili się w ciaśniejszą kupkę, i uruchomili krzesiwa przy prosznikach.
Szalał z niepokoju. Zapach opanował jego mózg, doprowadzając do obłędu, i zmuszając do wydania przerażającego ryku rozdrażnienia, złości i żalu, kumulowanego przez długi czas drzemki. Tak blisko, a tak daleko! Nigdzie nie mógł znaleźć intruzów.
Krzesiwo potoczyło się po podłodze, gdy zamek przeszyło odległe wycie. Tragarze - ochroniarze popatrzyli się przepraszająco na Waldemara, i doprowadzili się do porządku. Na duchu podniosła ich Lady Alice, dokładnie tłumacząc, jaki wiatr musi wiać i przez jakie elementy architektury, żeby uzyskać taki interesujący dźwięk. Uspokojeni, ruszyli dalej. Waldemar wiedział, że byli już blisko.
Krew! Krew! Krew! Krew! Tylko to słowo pulsowało w jego myślach. Nigdzie nie było intruzów! Jeszcze chwila, a zrezygnuje, i wróci do drzemki. To nie tak powinno wyglądać.
Wychodzili już z podziemi. Dwóch tragarzy - ochroniarzy pomagało trzeciemu, któremu ciekawskie cyborium nastąpiło na nogę. Na szczęście udało się je odpędzić hukiem proszników. Waldemar Lee Kan Troph ściskał w teczce nową porcję dokumentów, a Lady Alice świergotała o wspaniałych malowidłach, które widziała w podziemiach. Zdecydowanie, wyprawa się opłaciła. Pora wrócić do instytutu i zdać raport.
Zmarnowany, przed położeniem się znowu spać, siadł przed toaletką, żeby poprawić sobie humor.
Zmartwiał.
Cholerne krwotoki z nosa! Będzie musiał coś z tym zrobić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz