20091122

Dowód rzeczowy: biały miś

Zabawka.
Tym właśnie nie jesteś, a tak ja cię traktuję. Zapominam, że nie jesteś moja. Nikt nie jest czyjś. Choćbym nie wiem ile w ciebie wpakował (pac, owszem, ale nie tylko), nigdy nie będziesz moja. Mogę być mądrym, podpowiadać innym jak sobie z tym radzić, ale jak się samemu do czegoś takiego dochodzi, to jest wielkie przerażenie, kiedy sobie z tego zdaję sprawę.
Choćbym nie wiem jak chciał, jeżeli bym chciał, ale teraz już nie chcę - nie jesteś moją własnością, nie należysz do mnie, nie zależysz ode mnie, nie żyjesz dla mnie. To nie jest coś, czego ktokolwiek mógłby wymagać.
Możesz być słodką przytulanką, ale ja nie powinienem zapominać, że masz oczka z twardych guziczków. Muszę. Zawsze. O. Tym. Pamiętać. Bo kiedy przestanę, kiedy wszystko będzie zwyczajne, to nie będzie dobrze. Bo kiedy się do czegoś przyzwyczajam, traktuję jak swoje. Bo przecież zasłużyłem. Bo mi się należy. Choćbym nie wiem ile zrobił, nigdy nie będziesz mi się należeć, nie ma takiego prawa, które by ci to nakazywało. Zapomniałem patrzeć ci w oczy, zaczynam patrzeć na nie (I tutaj karmię się swoim optymizmem, bo już - już prawie napisałem "patrzę", ale nie, zmieniłem na "zaczynam patrzeć").
I teraz są słowa rozgoryczone, słowa głupie, smutne i żałosne, ale teraz, w tym momencie jak najbardziej prawdziwe.
Przecież ty nawet wieczności ze mną nie spędzisz.

20091119

Dowód rzeczowy: maska

Chciałbyś wiedzieć, która jest na wierzchu. Ekskurs: Tak, doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że wszyscy ludzie tak mają, nawet ci którzy zarzekają się najbardziej, że nie, ale nawet nie oni najbardziej - najwięcej masek mają ci, którzy nie odzywają się na ich temat. Ale ty oczywiście wiesz, która jest na wierzchu. W danym czasie. W danym miejscu. Przy danej osobie. I owszem, pewnie część z nas/was/ich w końcu znajdzie/już znalazła dany czas, dane miejsce czy daną osobę, przy której ściąga wszystkie maski i staje nagi, albo przynajmniej zostawia tę jedną, ostatnią, bo przecież owszem, każdy potrzebuje prywatności i swoich małych brudnych sekretów, bo gdy one znikną i staną się wspólne to co ci zostanie? Więc ściągasz tą ostatnią maskę. Więc zostawiasz tę jedną, ostatnią. Masz miejsce, masz czas, masz osobę. Jesteś szczery jak nigdy nie byłeś, mówisz co chcesz powiedzieć, słyszysz, to co zostało uznane za odpowiednią odpowiedź, czasem nawet szczerość zostaje doceniona, i dostajesz w zamian prawdę lub szczerość, lub obie naraz, bo rzadko się okazuje, że są tym samym, i jest naprawdę dobrze. Nawet jeżeli czujesz niepokój, bo albo nie masz już żadnych masek, a wtedy możesz się osunąć w to bezsilne bajorko "już nic nie mogę poradzić" albo nie zostało ci już więcej takich masek, które chcesz ściągnąć, więc musisz się zamykać od nowa. Tak czy inaczej - jest dobrze. Byłeś szczery.
Tylko co potem? Myślisz że maski lubią pozostać ściągnięte?
Hm? Wiesz już, jakie to uczucie, kiedy kogoś przepraszasz, i zaczynasz się zastanawiać, czy rzeczywiście szczerze i gorąco przepraszasz, czy może to po prostu kolejny chirurgiczny zabieg w trakcie operacji, gdzie pacjentem są relacje międzyludzkie? Dokładnie wymierzone cięcie skalpelem, kilka nakłuć tu i tam, i masz to co chciałeś, zdrowy/idealny/twój efekt. Nie liczy się w sumie to, czy jest dobry czy zły obiektywnie, liczy się tylko to, że ty na niego wpłynąłeś, świadomie. To jest nałóg, od którego ciężko się uwolnić.
Ale przecież to nic złego, prawda?
Tak... całe życie wyszukujemy sobie wymówki, żeby usprawiedliwić własne działania.
Zrób to. Przecież to nic złego/racja jest po twojej stronie/i tak się nie zorientują/nikomu nie zrobi różnicy tak czy tak.

Wiesz co jest pocieszające? Jeżeli zauważasz problem, i nazywasz go problemem, to już jakiś początek.

20091111

Zeznanie: szalony klaun

Nie można całego życia przejechać na oparach absurdu.  Głos obił ci się rykoszetem przez pokój i trafił do twojej czaszki, i zarezonował tam. Miałeś ochotę półżartem zapytać z udawanym zdziwieniem "...nie?" i zrobiłeś to, bo tak. Wtedy właściciel głosu nie spojrzał ci w oczy, właściwie spuszczał je trochę w dół, i powiedział na wpół do siebie "no chyba nie..."

A ty byś chciał. 

Zawsze chciałeś.

Zrozumiałeś to wtedy, kiedy ci powiedzieli, że nie możesz. I tym bardziej chcesz, chociaż się zastanawiasz, chociaż twój półżart rozbudził kolejne kwestie poruszające innych ludzi, i oni mówili wyjątkowe rzeczy o wyjątkowych ludziach, to ty właściwie wtedy już tego nie pamiętałeś. Bo miałeś w głowie te słowa, a wtedy dołączyły do nich inne słowa, te wtedy rozbudzone: o tym że to tak specjalnie, że to nie jest normalne, i że zwyczajnie tak nie jest.

I wtedy zrozumiałeś.

Chciałeś być taki jak oni. Zawsze chciałeś być taki jak oni, niezależnie od tego, kim by oni nie byli. Ale nie sądziłeś, że oni tacy nie są. To kwestia tego jak ich widzisz. I nawet jeśli ktoś z nich mówił bądź sobą (przypierdol mu jeśli chcesz) to ty chciałeś być jak on. Bo ty patrzysz na świat, jakbyś nigdy nie wychodził z gabinetu krzywych luster. Właściwie krzywych okien, albo krzywych okularów, przez które patrzysz.

I nigdy nikt ci tych luster nie zbił. A powinni, jeśli naprawdę by chcieli czegoś nauczyć.

Kurwa.

Nie wierzysz sam sobie, że tak było?

Już nie pamiętasz?


(Zdradzić wam zakończenie? Mi już dziś wieczorem opowiedzieli Szaleni Klauni. Wszystko dobrze się kończy.)

20091103

Zapis: Barton Fink

Siedzisz w tym hotelu tydzień nie wiesz co się dzieje
czy to sen czy jawa czasem się do siebie śmiejesz
Czasem dół masz okrutny zmieniają się nastroje
W dzień się czujesz bezpiecznie raczej w nocy się boisz
I nie możesz (wyjechać ze/pojechać do?) swojego nowego jorku, bo to oczywiście byłoby za proste. Niezależnie od tego, gdzie aktualnie znajduje się nowy jork, czy w australii, czy w knajpce za rogiem, gdzie twoi znajomi w jednym rogu smażą naleśniki, a w drugim naprawiają radia i żarówki. Patrzysz na nich i myślisz, oni mają swój szczęśliwy nowy jork, swój szczęśliwy nowy rok, czy wszystkie lata ze sobą, czy wszystkie lata szczęśliwe za sobą, czy może wszystkie lata szczęśliwie za sobą. Tobie to nie robi różnicy, bo oni akurat polewają talerz polewą czekoladową albo dzwonią do tej cholernej hurtowni po paczkę tranzystorów, a ty patrzysz z boku i czujesz się prawie szczęśliwy: wyszedłeś z hotelu, poszedłeś do knajpki za rogiem, którą prowadzą twoi znajomi i zjesz te cholerne naleśniki, albo nie, w ostatniej chwili zmienisz zdanie, tylko dlatego że możesz, i zamówisz okazję dnia pierogi ruskie. Zasmażane. I nikt ci nie powie, że to niezdrowe.
Potem wyjdziesz, i wiesz co? Oni dalej będą tam siedzieć. I będą z tego cholernie zadowoleni, bo chociaż siedzą w dwóch przeciwnych kątach knajpy, to to jest ich miejsce, gdzie przyjmują kogo chcą, ugotują co chcą, jeśli potrafią to ugotować, naprawiają co chcą, jeśli potrafią to naprawić, a potem, po dniu umiarkowanie ciężkiej pracy siadają ze sobą i rozmawiają, albo idą na zaplecze albo na piętro przespać się ze sobą, jeśli akurat mają chęć.
I wiesz co? I są szczęśliwi.
Przynajmniej chciałbyś, żeby tak było.
Bo wyglądają na przyzwoitych ludzi.