20160810

W kraju bagien lał deszcz

W kraju bagien lał deszcz.
Widzisz? Mówiłem, że tędy przechodzili. Nigdy nie zacierają śladów, jakoś nie mogą przyswoić samej idei. Dokładnie widać ślady Barbarzyńcy, te jego buciska zostawiają ślady wyraźne jak pismo. Jasne jak słońce, chciałem powiedzieć. Tak, ale musisz się przyzwyczaić do liter – jeśli chcesz przeżyć.
Dwie małe postacie siedziały na kamieniu pod drzewem, objadając się znalezionymi po drodze jagodami. Czekali na towarzyszy, którzy wedle wszelkich przewidywań podążali tą trasą w tylko sobie wiadomym celu, i najprawdopodobniej mieli również tędy wracać.
Trzeba tylko poczekać, Jonasz. Cierpliwości też się musisz nauczyć.

-

Jeremiasz Bubba – powiedział niziołek.
Callandor – powiedział człowiek.
Skończyłoby się na tym, gdyby nie Quirai – tajemnicza elfka, która nie powiedziała nawet jednego słowa od momentu gdy drużyna spotkała czekającego na nich niziołka i goblina, wracając razem z resztkami uratowanych Czarnych strzał.
Kim jest ta kobieta? – zapytał niziołek.
To moja niewolnica – odpowiedział człowiek.
W czasie krótszym niż mgnienie oka osłabiony, zaskoczony Callandor znalazł się w sytuacji, w której staruszek za pomocą brzytwy skłania go do zredefiniowania swojego postrzegania świata i prawa własności.
Nie jest Twoim niewolnikiem. Zasługujesz na zadośćuczynienie za odniesione rany. Nic więcej.
Barbarzyńca widział pana Bubbę już w różnym stanie, ale nigdy tak wściekłego. Wyglądało to jakby cała energia niewielkiej postaci skoncentrowała się na krawędzi brzytwy, która była o włos od wykreślenia krwawego uśmiechu na szyi człowieka w pawim płaszczu.
Który ustąpił.
Barbarzyńca pomyślał, że pan Bubba jednak zna się na ludziach.

-

Potem wszystko potoczyło się szybko – burmistrz Magnimar wiedział, kogo wysłać, żeby załatwić brudną robotę daleko od miasta. Szybko przygotowano plan odbicia twierdzy Czarnych Strzał, która została przejęta przez ogry – nie wiadomo jak, nie wiadomo skąd.
Zwiad określił sytuację – zamknięte bramy, trudne wejście przez ścieki, wędzone ciała Strzelców i ogry, które zasiedliły swoją nowo zdobytą siedzibę.
Szybki plan desantu przez mur mógł być zrealizowany dzięki gnomiej magii, której sztuczki z linami pomogły całej drużynie przedostać się do środka.
Szybkie uderzenie. Z zaskoczenia.
Tak miało być.
I tak było. Było szybko.

-

Bieg po schodach, wybicie ze śródstopia, uderzenie z góry, krew na twarzy.
Obrót.
Trzej kolejni. Mocny zamach, smród flaków. Krok. Uderzenie. Ból. Wściekłość. Zamach. Smak krwi.


Bieg po schodach.
Tłum.
Gest dłonią – energia. Myśl – energia. Słowo – ogień.

Bieg po schodach.
Wrzask.
Za nim! Silny! Uderzenie. Ziemia.

Padł. Smarkacz.
Bieg.
Unik, skok, pad, sztylet, pałka, sztylet, pałka, trzymaj rytm, pad.

Tłum. Smród.
Siarka – fiolka – rzut.
Ogień – palone ciała – adrenalina – znajoma butla – paskudne kurcze, ale już lepiej, już zwinniej, już szybciej.

Orzeł. Strzał.
Leć!
Strzały i ptaki myślą tak samo. Leć!

Głupcy.
Miecz, myśl, ruch.
Chcę to przeżyć. Gest – energia. Chcę to przeżyć. Ruch – ostrze. Chcę to przeżyć. Myśl – chcę!

Krew.
Gest, myśl, słowo.
Krew.
Pad, za wolno, hak, krew, przecież znowu to nie Twoja walka, ból, Jonasz, ból. Lot.
Krew.
Krew.
Leć!
Głupcy.
Krew.
Ogień.

Było szybko. Tak miało być.

-

W kraju bagien lał deszcz.
Dym i tak unosił się w górę. Dym z wędzarni. Tłuste kłęby śmierdzące palonym mięsem wypełniały dziedziniec twierdzy.
Człowiek, krasnolud i gnom chodzą pomiędzy zwalistymi górami mięśni i flaków i szukają znajomych twarzy.
Są, pomazane krwią, przypalone, pocięte – ale dalej znajome.
Dalej znajome, nawet jeżeli zastygłe w grymasie bólu z otwartymi szeroko oczami, po raz ostatni patrzącymi w siekące wodą niebo.
Na koniec jest tylko mała, śmieszna postać z wielką głową trzęsącą się szlochem, i ostatnia posługa poety.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz