- Ja po gilotynę z Sekcji Edukacji.
Z tymi słowami przekroczyłem bramkę w Instytucie, odprowadzany znudzonym spojrzeniem recepcjonistki, która wiedziona niezłomnym przeświadczeniem, że nic nowego się już tutaj nie wydarzy piłowała zęby zbyt mocną herbatą.
Przeszedłem korytarzami o ścianach w kolorze równie zachęcającym co osad po wspomnianej herbacie, i stanąłem przed nitowanymi drzwiami, za którymi kryła się Sekcja Edukacji. Kiedyś mieściła się tuż na parterze, wchodziło się korytarzykiem za zasłoną z paciorków w bocznej ścianie Instytutowej kawiarenki. Od tamtego okresu minęło już trochę czasu, i pracownicy nawet we wspomnieniach przestali narzekać na zdumione spojrzenia klientów kawiarni, kiedy ze ściany znikąd pojawiały się przenoszone Kolaże albo inne piekielne instalacje, jakimi zajmowała się SE. Strasznie to przeszkadzało zachować dyskrecję. Za to kawiarenka dawała pyszne eklery i ciastka orzechowe.
Nitowane drzwi ustąpiły po chwili, kiedy portier po drugiej stronie mnie zidentyfikował - gilotyna tnie głęboko, i dobrze mnie zapamiętał. Służbiście kiwnął głową, i natychmiast profesjonalnie o mnie zapomniał, tuż po tym, jak złożyłem parafę w księdze wchodów.
Za drzwiami słychać już było powolne, pulsujące bicie serca Instytutu - dzwony dzwoniły regularnie, a wyznaczające je klepsydry wypełniały sale i korytarze cichym szumem. Oczywiście, jeżeli ktoś umiał słuchać. Mijałem przeszklone drzwi z nazwiskami i klatki schodowe wypełnione zapomnianymi Kolażami, czasem mijałem jakiegoś Ścinka, który kiwnąwszy mi z roztargnieniem głową oddalał się pospiesznie w pogoni za sobie tylko znanymi obowiązkami.
Gilotyna tnie głęboko. Doskonale wiedziałem, którędy pójść - pomimo ciągłego przenoszenia gabinetów i stanowisk sekretarialnych, po niedługim spacerze ukazała się przed moimi oczami odpowiednia sygnaturka.
Gilotyna tnie dokładnie. Zapukałem do drzwi i nie czekając na reakcję wszedłem. Mogłem sobie na to pozwolić. Kilku Ścinków podniosło głowy znad swojej roboty, ale Operator przywołał ich do porządku.
Gilotyna tnie do końca. Duża część Instytutu bała się Operatora, ale ja wiedziałem swoje. Miałem z nim interesy jeszcze z czasów, gdy pracował jako Trzymacz w Sekcji Gier i Zabaw.
O tak, Operator wiedział, jak się bawić. To stanowiło o jego wartości.
Sekcja Edukacji zyskała, od kiedy został do niej przeniesiony.
Wypożyczyłem gilotynę na trochę. Dzieciaki musiały poczekać, a ja posiedziałem z nią w domu, ustaliliśmy parę rzeczy. Plany na przyszłość, realizacje cięć, tego typu formalności. Gilotyna też była zadowolona, w końcu ileż można siedzieć zamkniętym w Instytucie. Też tam kiedyś spędzałem sporo czasu, ale nie czułem się już na siłach, żeby tyle pracować.
Operator też był zadowolony, mógł w końcu zająć się swoją jedyną w takich chwilach rozrywką, tworzeniem Kolaży ze Ścinków.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz