Jeden z wielu baraków w miejskich dokach. Magazyn jak każdy inny. I tak jak w każdym innym magazynie w dokach, wcześniej czy później...
- Puszczaj! (kobiecy głos)
- Stój kurwa spokojnie, to ci się nic nie stanie (głos męski, sugerujący ogólny brak higieny, za to nadmiar alkoholu)
- Zabieraj łapy! [trzask]
- Weź ją kurwa uspokój. [kroki]
- No, malutka, będziesz miła? Zaraz wszystk[chrup]oomać! Obcas! Wbiła mi jebany obcas w stopę!
[Trzask.]
- Teraz będzie spokojna.
- Dobra, przywiążcie ją do krzesła. Możemy na niego zaczekać, daję mu średnio piętnaście minut. Maksymalnie osiem.
Dobrze że dodał to maksymalnie osiem. Trzy minuty później byłem na miejscu. Chciałbym powiedzieć, że wywaliłem drzwi z kopa. Niestety - były to otwarte na oścież wielkie drzwi magazynu. Nie było czego kopać. Chciałbym powiedzieć, że pod moimi rozpalonymi z wściekłości oczami jarzyło się cieniutkie cygaro, a wąska strużka dymu uchodziła pod sufit. Niestety - nie palę. Nie było czym się zaciągać.
Za to mogę powiedzieć jedno: jeżeli będzie trzeba, rozkurwię cały magazyn w drobny mak, jeżeli będzie trzeba, ominę kule pistoletów i rozszarpię tych skurywsynów gołymi zębami. To nie będzie sąd ostateczny. Ale z tak małej odległości trudno będzie odróżnić.
Jesteś moim słabym punktem. Oni o tym wiedzą. Moją piętą achillesa.
Nie wiedzą, co się dzieje, kiedy się wkurwię. Dowiedzą się.
20100110
Zeznanie: Przebieg Wydarzenia
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz