Zrzucili nas tu jakiś miesiąc temu. Zlecenie na Svalbardzie, pomyślałby kto. Ochrona ginących gatunków, Greenpeace, trzeba zadbać o niszczejące lodowce i całe to medialne ścierwo pakowane nam do mózgów przez ekologów.Nie no, jasne, trzeba dbać. Ale nikt nie wspomniał o tym, jak radzić sobie z nudą po miesiącu tkwienia w lodzie. Lodołamacz po prostu utknął. Technicy, kiedy jeszcze mieli jakąkolwiek motywację do roboty, próbowali wysadzać złomy dynamitem. Oprócz smrodu kordytu nie zostawiło to żadnego śladu.
Potem - padła radiostacja. Ostatni meldunek brzmiał "pomoc nadchodzi".
Nie było problemu. Mieliśmy żarcie, mieliśmy całe ładownie żarcia. Większym problemem było zimno, ale z tym też można sobie poradzić.
Potem przyszły niedźwiedzie.
Przy opisywaniu zadania, na spotkaniach briefingowych i podczas szkolenia, nikt, absolutnie nikt nie wspomniał ani słowem, co będziemy przewozić. Dopiero potem się dowiedzieliśmy, ale wtedy było już za późno, żeby zrezygnować.
Technicy po otrzymaniu ostatniego meldunku zniknęli. W sumie nie interesowało mnie to - albo odeszli w śnieg, na własne zatracenie, albo zabunkrowali się na dolnych pokładach razem z tą swoją niby tajną bimbrownią.
Na górnym pokładzie zostałem tylko ja i Ron. Znosił to wszystko jeszcze gorzej ode mnie. Leżał całymi dniami pod derką na materacu w najszczelniejszym pomieszczeniu - co i tak oznaczało niektóre wybite szyby, trząsł się i bełkotał. Narzekał głównie.
Ja zabijałem czas wykonywaniem obowiązków.
Judas albatros, jak go dowcipnie nazywaliśmy, był takim samym pracownikiem jak my. Dostawał swoją wypłatę w rybach i tłuszczu, a w zamian za to użyczał nam swoich usług.
Stadko pingwinów. Małe, szare kulki. Duże, czarne, poważne. Robiły to swoje pingwinie "kwa, kwa", a mnie już jakiś czas temu serce przestało się krajać na widok tego jak się potykają i wstają, idąc po pokładzie za albatrosem. Prowadził stadko na przedni pokład. Tuż przed okna mostka.
Jedno za drugim. Było ich pełno. Była ich cała ładownia, i wciąż przybywało. Nie zastanawiałem się, skąd się biorą. Ważne było to, że były, i to, że szły za albatrosem, który dawał im poczucie bezpieczeństwa. Podskakiwały, kręciły się, turlały po pochylniach, i szły coraz bliżej dziobu.
Zajmowałem się też obsługą albatrosa. Cholerne ptaszysko chciało renegocjować umowę, dziobiąc mnie po rękach, ale byłem twardy. Pewnych rzeczy nie można odpuścić. Ron był w coraz gorszym stanie. W chwili słabości zwierzył mi się, że brakuje mu błogosławieństwa opowieści. Przeniosłem więc biblioteczkę ze świetlicy i czytałem mu wieczorami. Zawsze to jakieś zajęcie, a spożycie "Inkwizytora" nieznanego autora przysporzyło nam sporo satysfakcji.
Ale nawet "Inkwizytor" nie pozwalał zapomnieć, co tutaj robiłem. Łopata to było moje drugie narzędzie pracy. Zrzucałem martwe, zdeptane albo zaduszone w tłumie ciała pingwinów przez burtę w zaspy w których zarył lodołamacz. Rzadko patrzyłem w dół. Wiedziałem co tam zobaczę. Wzlatującego w górę albatrosa, wracającego po następną grupę, i któregoś z komanda niedźwiedzi, zajmującego się przygotowywaniem pingwinów do transportu. Nie patrzyłem na krew, nie słuchałem obrzydliwych odgłosów. Wystarczająco dużo miałem ich na górze, na pokładzie. Poza tym, każdego wieczoru, po zakończonej pracy, na nasz poziom wspinał się jeden z niedźwiedzi trzymając w pysku pokwitowanie odbioru towaru.
Ronowi nie pomagały już nawet książki. Starałem się jakoś poprawić mu humor, i przeszukałem jego rzeczy. Natrafiłem na kawałek drewna, który wziął ze sobą na szczęścia jakiś czas temu.
Pokazałem mu go, kiedy zaczął marudzić, jakiego to pecha mamy. Kazałem mu się zamknąć. Miał swój szczęśliwy kawałek drewna. Ja miałem tylko pracę.
nie wiem czy to sentymentalne czy psychodeliczne?
OdpowiedzUsuń