- Ręka, do cholery! Podaj mi rękę ...no, jeszcze trochę! Czekaj, linę rzucę.. Davin! Davin! Linę rzuć! Cholerne bagno, że też wpakowaliśmy się pod sam koniec...
Kobieta zapadała się coraz głębiej w samym środku ruchomych piasków. Czy może bagna. Czy też bajora. Pułkownik Pfefferwerk nie całkiem orientował się w tym całym środkowoorientalnym klimacie. Czy może południowotropikalnym? Już raczej nie wiadomo. Tak długo uciekali przed ludźmi von Kurtza; właściwie już od samej świątyni Siedmiu Złych Wiatrów Pajęczej Bogini Qivy. Większość tragarzy uciekła; zjedli już praktycznie wszystko co mieli do zjedzenia: suchy prowiant, tubylcze racje żywnościowe i juczne muły, ledwo dawali sobie radę z rozporządzaniem wodą, ale byli już blisko celu: Sankt Singapur wydawał się ledwie o krok. Miasto było ich ocaleniem. Ale ledwie kilka godzin marszu od niego znowu dopadł ich Murdok, straszliwy Król - Barbarzyńca Północnych Stepów, porucznik von Kurtza i jego współplemieńcy. Przez przypadek czy z premedytacją zapędził ich na podmokłe tereny, gdzie jego towarzyszka, Lady Alicja, przez nieuwagę wpadła prosto w sam środek ...no, czegoś, i teraz koniuszkami palców ledwo sięgała liny.
Porozumiewawcze pohukiwania Stepowych Barbarzyńców rozlegały się coraz bliżej, kiedy w końcu podciągnęła się bliżej brzegu, gdzie pochwyciły na nią mocne i pewne dłonie pułkownika Pfefferwerka. Chlipała cichutko przytulona plamiąc błotem kremowy mundur doświadczonego żołnierza, gdy idylliczną scenę przerwał znienawidzony głos von Kurtza:
- To już koniec, Pfefferwerk!
Rozejrzeli się. Byli otoczeni.
Pułkownik miał talent do wyciągania ludzi z bagna. Tylko po to, żeby zaraz wrzucić ich w jeszcze większe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz